Na kłopoty najlepszy jest Bednarski, ale niestety nie na wszystkie. Co zrobić gdy ma nas odwiedzić delegacja najwyższego szczebla z Timoru Wschodniego i potrzebna nam jest reprezentacyjna flaga, aby należycie uhonorować szanownych gości?
Właśnie takie kłopoty rozwiązuje pani Liliana Niewiadomska, właścicielka Sklepu Propagandowego, znajdującego się przy ulicy Okopowej 25 w Warszawie. Nazwa sklepu dla wielu osób może okazać się odrobinę myląca. Jeśli ktoś oczekuje zakurzonych, obrośniętych popiersi, albo transparentów z hasłem "Naród z Partią, Partia z Narodem" z pewnością się zawiedzie.
Istnieje masa rzeczy, które nas otaczają, a o których nie mamy pojęcia, skąd się biorą. Na przykład flagi. Dowolne, bo tutaj można zamówić do uszycia każdy wzór, nawet państwa, którego nie ma. "Zjawiają się czasem panowie, do których kierowcy zwracają się per Panie Ambasadorze, ale reprezentują oni państwa, które bynajmniej nie są niepodległe". Obowiązuje political correctness. "Nie wyobrażam sobie, żeby jakiś ogolony dzieciak maił zamówić u nas flagę ze swastyką" - mówi pani Liliana.
Flagi mogą mieć różne formy i rozmiary. Pani Liliana wskazuje na leżący na stole niewielki wzór - "A to będzie dziesięć flag na samochód dla ambasady Czech".
Oczywiście flagi to nie wszystko. Do tego dochodzą stojaki i uchwyty do flag, proporczyki, godła, metalowe tabliczki (na wprost wejścia wita czerwona tabliczka z napisem "Obwodowa Komisja Wyborcza"), urny do głosowania, naszywki ("Nasze orzełki mieli wszyscy tegoroczni olimpijczycy, co do jednego"), oraz tkaniny flagowe i nieśmiertelne zielone sukno.
Historia sklepu sięga korzeniami głęboko w minioną epokę, ponieważ sklep istnieje od ponad prawie trzydziestu lat. Poprzednio pracowała w nim mama pani Liliany, oczywiście nie jako właścicielka. Sklep należał wtedy do SPWH i nie można było tak po prostu do niego wejść i dokonać zakupu. Na wszystko potrzebny był papier. "Najpierw przychodził człowiek ze świstkiem i mówił, że potrzebne jest tyle i tyle flagi na zjazd partii. Potem wpadał po odbiór i tyle".
Zdarzały się też zamówienia mniej oficjalne. Pani Liliana przyznaje, że do dziś nie ma pojęcia jakimi drogami jej mamie udało się załatwić tkaniny na udekorowanie ołtarza podczas pierwszej wizyty Papieża w Polsce. Albo zrealizować zamówienie dla księdza, który przyszedł po pomoc przed pogrzebem księdza Jerzego Popiełuszki.
"Przychodzili i przychodzą tu wszyscy" - uśmiecha się pani Liliana - "to najbardziej apolityczne miejsce w tym kraju. Czasami zdarzało się, że mama przychodziła wieczorem do domu, wyłączała telewizor i mówiła, że już i tak o wszystkim wie". Dodaje jeszcze, że nawet teraz są szybsi od telelwizji. "Zanim ktoś jeszcze zgłosi jakąś manifestację, my już od dawna szyjemy opaski na ręce, transparenty..."
Historycznych wątków w tym mikroskopijnym wnętrzu mieści się sporo. Pani Liliana przynosi z zaplecza sztandar, troskliwie zawinięty w tkaninę. "To cudowna historia" - zaczyna kolejną opowieść - "Ten sztandar przynieśli harcerze. W latach pięćdziesiątych ufundował go jakiś człowiek drużynie harcerskiej. Orzeł oczywiście był bez korony, ale za to imienia Batalionu T. Zawadzkiego "Zośka". Sztandar trafił do piwnicy, a darczyńca do więzienia." Teraz sztandar dostał nową koronę i został oczyszczony. Niestety przez pięćdziesiąt lat w piwnicy trochę zbutwiał, ale zapachu też udało się pozbyć.
Dzisiaj głównymi klientami są instytucje. Zdarza się, że zaglądają tu osobiście sami ministrowie. Prywatni odbiorcy zdarzają się rzadko. Najwięcej w listopadzie, wiadomo 11 listopada. Przed paroma dniami zjawił się staruszek, który poszukiwał polskiej flagi dla syna pod choinkę. Co ciekawe, zamówił flagę biało-amarantową, czyli przedwojenną. Dopiero nowa władza zmieniła amarant na robotniczą czerwień. Wiele rzeczy, o których przeciętny obywatel nie ma najmniejszego pojęcia tutaj są oczywiste. Znajomość kodu banderowego jest w tym sklepie również na porządku dziennym. Cóż taki sklep, taka praca.
Aktyvist, listopad 2004